19 lipca

Dzieci w restauracjach – radość, a może kłopoty?

Kwestia momentami uciążliwej obecności dzieci w restauracjach jest mocno komentowana przez gości, którzy rzecz jasna dzielą się na zwolenników i przeciwników. Każda ze stron ma silne argumenty, gdzie z jednej strony mówi się o nieodpowiedzialności rodziców, a z drugiej o braku empatii osób postronnych. Tymczasem sprawa wygląda jeszcze inaczej ze strony restauratorów. Bo tu w grę wchodzą zysk lub strata i odpowiedzialność cywilna w razie nieszczęśliwego wypadku.

Jakie są dobre strony obecności dzieci w restauracjach?

Przede wszystkim – zysk finansowy i to mimo faktu, że rachunek za maluchów zazwyczaj nie jest oszałamiający. Albo żaden, bo dziecko jest zbyt małe na korzystanie z menu restauracyjnego. Więc dlaczego? Bo z dzieckiem zawsze przychodzi dorosły, a zazwyczaj minimum dwójka. Rodzic z dzieckiem rzadko sam wybiera się na lunch, z reguły towarzyszy mu drugi dorosły. Jeśli lokal ma mini plac zabaw, ciekawe zabawki – to dorośli chętnie zostaną tam dłużej, odpoczywając przy kawie i deserze po obiedzie. Im lepiej przygotowana oferta pod rodziców z dziećmi, tym większa szansa na satysfakcjonującą frekwencję. Dzieci są też dobrym „punktem zaczepienia” w organizacji imprez zamkniętych: chrzcin, przyjęć komunijnych, urodzin. We wszystkich przypadkach dziecku towarzyszy grupa osób, która wypracowuje przyzwoity zysk. Z tego względu z całą pewnością warto traktować dzieci jako grupę docelową i przygotować pod nich interesującą ofertę.


Czy dzieci w restauracji generują stratę?

Mogą. Po pierwsze w sytuacji, kiedy dokonują zniszczeń. I rzecz jasna nikt nie ma tu zamiaru oskarżać dzieci, że wybrudziły rączkami praną za niemałe pieniądze kanapę. Jego prawo, ale za zniszczenia powinien zapłacić rodzic, skoro nie udało mu się dopilnować malucha. Potłuczony wazonik, wymiętolona karta menu, dwadzieścia dotkniętych ciekawą łapką słomek, rozkruszone i wdeptane w wykładzinę ciasteczka – to wszystko generuje stratę. Drugą kwestią są – uciekający goście. Jeśli restauracja zlokalizowana jest przy dużym biurowcu, a dysponuje placem zabaw – biznesmani wybiorą na lunch, czy spotkanie służbowe najpewniej inny lokal. Trzeba się z tym liczyć i znacznie wcześniej przemyśleć wszelkie aspekty, by nie stracić w przyszłości.


Co mówią goście o obecności dzieci w restauracji?

Internet huczy od sprzecznych opinii. Jedna strona uważa, że zabieranie dzieci do restauracji jest oczywistością i wszyscy mają się z tym pogodzić. Rodzice mają prawo gdzieś zjeść, a dzieci mają prawo hałasować – bo są małe. Zero miejsca na empatię. Druga strona mówi o tym, że pozostali goście chcieliby zjeść w spokoju, bez płaczu, krzyku, rzucania jedzeniem – bo chcą odpocząć. I tak naprawdę każda ze stron ma rację. Rodzice nie mogą zamknąć się w domach na 7 lat i poczekać aż dziecko będzie łatwe do ujarzmienia. A inni mają prawo się irytować, kiedy dzieci biegają, płaczą, czy podchodzą do stolika i zagadują. Nie każdy ma na to ochotę. A niestety… często jest tak, że rodzice są zachwyceni faktem, że ich dzidzia wspina się na krzesło stolika obok i gaworzy do obcych. Chyba nie jest dla nikogo tajemnicą, że do restauracji przychodzą także nieodpowiedzialni rodzice.


Jak pracownicy restauracji postrzegają dzieci w lokalu?

Bez wątpienia głównie jako zagrożenie. Wystarczy wyobrazić sobie kelnerkę, która pracuje (fizycznie) ósmą godzinę i zmęczona niesie na tacy trzy gorące zupy. Często na jej drodze leży, czy siedzi na podłodze maluch, który akurat tam postanowił sobie odpocząć, a rodzice nie reagują, bo mają chwilę wolnego. Kelnerka może iść naokoło albo przejść nad dzieckiem. W pierwszej sytuacji musi przedzierać się niewytyczonym szlakiem komunikacyjnym, w drugiej ryzykuje potknięcie. Inną sprawą są biegające po restauracji dzieci. Wpadają na serwujących kelnerów, zaglądają za bar, wkraczają na zaplecza. Każdy kto pracuje w gastronomii wie, że takie zachowanie dzieci jest nagminne. Czy ktoś je za to wini? Nie, bo winni są zawsze pozbawieni wyobraźni rodzice. Pracownicy restauracji pracują w niełatwych warunkach po wiele godzin, nosząc ciężkie, gorące potrawy, w głowie mając kolejne zamówienia. Ich zadaniem nie jest zabawianie dzieci, ani nawet uważanie na nie podczas serwisu. Ale zdają sobie sprawę, że gorący rosół wylany na głowę biegającego samopas dziecka nie zakończy się na przeprosinach. Kto kogo zresztą winien wówczas przepraszać? A przecież w restauracji jest wiele niebezpiecznych miejsc: szkło, akcesoria barmańskie, noże, ciężkie przedmioty, gorące dania i napoje. Dla pracowników nie pilnowane dziecko ma prawo być kłopotem. Podobnie, jak dziecko hałasujące. Bo inni goście nie podchodzą do rodziców z prośbą o uspokojenie malucha – proszą o to kelnerów. I to na nich ciąży nieprzyjemny obowiązek zwrócenie uwagi. A jeśli rodzic pozwala na krzyki potomstwa – z reguły oznacza to, że uważa, iż ma do tego prawo i wszyscy w lokalu mają to znosić. Awantura wisi w takiej sytuacji w powietrzu. To kolejny dyskomfort dla pracowników restauracji.


Porady dla restauratorów w sprawie dzieci w restauracjach

Kwestii odwiedzin dzieci w restauracji nie należy zakopywać pod dywan, bo prędzej, czy później temat wróci. Najczęściej w postaci nieprzyjemnej konfrontacji. Grzecznych, cichych dzieci i mądrych rodziców jest wielu i temat ich w zasadzie nie dotyczy. Warto pochylić się jednak nad niesfornymi maluchami i pozbawionymi empatii, roszczeniowymi rodzicami. Oto kilka rad, jak można poradzić sobie i nikomu nie zrobić przykrości.


1. Co zrobić, kiedy nie chcemy dzieci w swojej restauracji

A jest tak, ponieważ np. lokal ma ofertę dla biznesmanów i zabiega o to, by wybierali to miejsce na spotkania służbowe. Powody mogą być inne, każdy właściciel ma do nich prawo, a dyskusja o dyskryminacji nie ma sensu. Restauracja jest biznesem, który prowadzi się dla pieniędzy i inwestor sam powinien decydować kogo chce obsługiwać. Jak fryzjerka, która strzyże wyłącznie mężczyzn. Jej kobiety najpewniej nie robią awantur, tylko wybierają specjalistkę od damskich fryzur. Tak samo w lokalu: jeden jest dla dzieci, inny nie. Jak zatem zakomunikować, że dzieci nie są mile widziane? Jedna z najlepszych restauracji w Warszawie ma na swojej stronie internetowej czytelną, bezpośrednią informację, że rezerwacje są przyjmowane dla gości od 14 roku życia. Jest to sposób, ale tam serwowane jest menu degustacyjne wyłącznie dla osób, które zarezerwują termin. Nie sposób tak postąpić w normalnej restauracji. Nic jednak nie zaszkodzi umieścić taką informację na WWW, na stronach w social mediach. Innym, bardziej subtelnym sposobem jest wyraźne pominięcie dzieci w ofercie. Nie należy przygotowywać menu dziecięcego, pamiętając też, że frytki, czy naleśniki w menu głównym są równie kuszące dla maluchów. W takim lokalu nie może też być placu zabaw, kredek, lizaków, soczków, a nawet krzesełka i przewijaka. Rodzice powinni zrozumieć, że to nie jest miejsce przyjazne ich dzieciom. Czy może ich to bulwersować? Może, podobnie, jak fakt, że wiele światowych marek szyje ubrania tylko do rozmiaru 40, ignorując osoby od 42 wzwyż. Takie prawo rynku, a restaurator nie jest niewolnikiem oczekiwań. Restauracji na szczęście jest wiele i dla każdego znajdzie się miejsce.


2. Co zrobić, kiedy chcemy, żeby dzieci nas odwiedzały, ale nie przeszkadzały innym?

Zachęcenie rodziców, by odwiedzali nasz lokal z maluchami to tak naprawdę najprostsza sprawa. Wystarczy smaczne menu, dużo krzesełek, dyskretne miejsce do przewijania i karmienia, plac zabaw, ciekawe zabawki itd. Rodzice z chęcią przyjdą do restauracji, gdzie są mile widziani. Ale z samych rodziców lokal się nie utrzyma. Trzeba pamiętać o innych gościach, którym krzyki i gonitwa przeszkadzają. A już z całą pewnością należy liczyć się z odpowiedzialnością cywilną, kiedy dziecku stanie się coś złego na naszym terenie. Poparzenie, skaleczenie, zakleszczenie… Warto też dbać o komfort pracy personelu i liczyć się z częstszym sprzątaniem. Jednym z pomysłów może być powieszenie w toalecie i tuż przy przewijaku informacji o treści np.: „Kochamy wszystkie dzieci. Ale to rodzice biorą odpowiedzialność za nieszczęśliwe wypadki i dodatkowy koszt za zniszczenia”. Straszne? Tekst można złagodzić, ale przekaz musi być jasny. Podobna informacja musi być w karcie przy menu dla dzieci. Można dodać: „Serwis i pozostali goście proszą, by dzieci nie przeszkadzały i siedziały przy swoich stołach”. Naprawdę nie ma nic złego w takim podejściu. Rozsądni rodzice przeczytają i pomyślą, że ok – wiadomo. A inni rodzice będą najpewniej zbulwersowani i nic dziwnego, bo informacja będzie wycelowana w nich. Tak, czy inaczej – kelnerom będzie łatwiej zwrócić uwagę w ekstremalnych sytuacjach. Oczywiście stoliki rodzinne, z krzesełkami dla maluchów powinny być usytuowane przy placu zabaw, a te dedykowane gościom bez dzieci – w innej części sali. I to na obsłudze leży odpowiedzialność, by sadzać wszystkich w takich miejscach, aby sobie wzajemnie nie przeszkadzali.


Dzieci w restauracjach to kłopoty. W lokalach, które czekają z ofertą tylko na dorosłych maluchy nie będą mile widziane. Tymczasem rodzice zabierają dzieci nawet do wine barów… Ale dzieci w restauracji to też radość. Przynoszą zysk, a te grzeczne budują ciepłą atmosferę. Wszystko jednak zależy od opiekuna. Jeśli ma odrobinę wyobraźni – wybierze odpowiednie miejsce i zadba, by maluch nie przeszkadzał innym. Restauratorzy z kolei nie powinni czuć się zakładnikami niekończącego się sporu. Jak zostało wcześniej wspomniane – to ich biznes i mają prawo prowadzić go zgodnie z własnym wyobrażeniem. Niezadowolonych nigdy nie zabraknie. Bez względu na kierunek, jaki inwestor obierze.


Zaloguj się do Poster

Zapomniałeś nazwy swojej subdomeny w Poster?